wtorek, 26 stycznia 2016

Szczęśliwy wielopokoleniowy dom. Czy taki w ogóle istnieje?





Nie wiem czy to na miejscu podejmować taki oto temat zaraz po dniu babci i dniu dziadka. Z całą pewnością nie robię tego z premedytacją, a przy okazji. Życie nie zawsze jest tak landrynkowe jak możemy zaobserwować na zdjęciach na blogach. Życie to nie ciągła sielanka i uśmiech od ucha do ucha. Każdy ma swoje problemy, większe czy mniejsze. Jedni się nimi przejmują i dziennie stresują inni zaś mają wszystko w przysłowiowym nosie. 
A jaka jestem ja? No właśnie...

Jak wyczytaliście mieszkamy w wielopokoleniowym domu, na nasze potrzeby zaadaptowaliśmy piętro budynku jednorodzinnego, rodzice natomiast parter. Wiem, że całkiem sporo osób też tak mieszka, w blogowym świecie też są takie rodziny nic nadzwyczajnego. Cały ten układ jest z całą pewnością bardzo korzystny dla obu stron z naciskiem na młode małżeństwo, weźmy na tapetę Nas. Nigdy nie kryłam, bo nie ma czego że Julia była dla nas ogromnym zaskoczeniem i rewolucją naszego lekkomyślnego życia, "cierp ciało jak szaleć chciało" - usłyszałam kiedyś. Czy cierpię? Nie sądzę, czy cierpiałam? Ależ skąd !
Dzięki pomocy bliskich udało się nam nie zmieniać, aż tak diametralnie zaplanowanego życia. Razem z mężem ukończyliśmy studia, ja dzięki temu ciągle obracałam się wśród ludzi i nie sfiksowałam ;) Tutaj powinnam szczególnie podziękować siostrze, która przekonała mnie, że dziecko i studia można pogodzić. Swoją drogą ludzie to osobniki stadne tak uważam, lubią żyć w grupie. Może są jednostki odbiegające od mojej tezy ale nie wiem czy na pewno są szczęśliwe. Ja bym nie była.
Mieszkanie z rodzicami, którzy w dodatku są na emeryturze to rarytas - serio. Nie ma problemu z opieką nad dziećmi, po uzgodnieniu i zgodzie młoda matka może wrócić na rynek pracy, który umówmy się nie lubi długich przerw w karierze. Z takiej opcji skorzystałam również ja :) I nie mylmy pojęć, nie jestem karierowiczką, bezduszną matką, wyrodną francą, która pozbawiła swoje dzieci kontaktu z matką. Nigdy nie byłam typem pracoholika, pracuję bo muszę, muszę mieć płynność finansową, niezależność. A to, że lubię swoją pracę to tylko plus dla dzieci, matka z reguły nie jest zmęczona po dniu w pracy :) Realia są niestety bezduszne jak się coś chce "mieć" to niestety oboje rodzice muszą pracować, chyba że mężowski to prezes ;P to może w tedy faktycznie lepiej siedzieć w domu. Gdyby nie to, że oboje z mężem pracujemy nie moglibyśmy pozwolić sobie na zakup domu, no bo za co?


Kto zaopiekuje się dziećmi tak dobrze pod nieobecność rodziców jak dziadkowie? Której opiekunce chciałoby się gotować nowy obiad bo jej podopieczny grymasi? Która niania z własnej woli biegałaby po dworze za dzieckiem naśladując zwierzątka?
Jak widzicie same plusy i tak może rzeczywiście być pod warunkiem, że obie strony zaakceptują "pewne regóły", które trzeba ustalić już na samym początku. Inaczej taki system mieszkania razem może być destrukcyjny dla każdego. Najwięcej kłótni czy nieporozumień tworzy się gdy jedna ze stron przekroczy pewne granice, wtargnie na "nasz teren" - zaraz czy mieszkając razem aby na pewno można mieć swój teren?? No nic chodzi o to, że młodzi rodzice nienawidzą być krytykowani czy co gorsza upominani przy swoich dzieciach. Czasem boje się czy moje dziecię specjalnie skarży się, że mama nie pozwoliła czy mama okrzyczała. Jakby wiedziała, że ktoś zwróci mi uwagę. Uważam, że takie upominanie może w pewnym sensie podważyć szacunek Julii do mojej osoby. Czy dziadkowie robią to celowo i z premedytacją? Pewnie nie zdają sobie nawet sprawy jakie konsekwencje niesie ich działanie. Mogę powiedzieć z własnych obserwacji dziadkowie działają impulsywnie np. huk i płacz dziecka oznaczać może tylko jedno - dziecko pewnie nabiło sobie wielkiego guza bądź potłukło pupę. Efekt? Pretensje, że zła matka czy ojciec nie dopilnowali..ale zaraz, chwila to znaczy, że mam nie odstępować dziecka na krok? Nie pozwalać mu biegać? Przecież to nie możliwe. Ilekroć dzieci "uszkodziły" się będąc pod opieką dziadków (mówię tu o siniakach, guzach czy otarciach) nie obarczałam winą nikogo. Znam swoje dzieci na tyle żeby wiedzieć, że Szymon nie jest do upilnowania. Trzeba by zrezygnować z zaspokajania potrzeb konsumpcyjnych czy fizjologicznych, a i tak nie wiem czy nigdzie by się nie przewrócił, nie uderzył. Swoim zachowaniem chcę pokazać jak na podobne zdarzenia tyle, że pod moją opieką dziadkowie (których wiem, że serce krwawi) powinni zareagować.
Podsumowując, gdyż jest to temat rzeka jako babka czy matka pamiętaj staraj się unikać kłótni. Ja wiem, że łatwo wykrzyczeć w nerwach wszystko, w odwecie druga strona zapewne uczyni to samo. I po co? Rozmawiaj, rozmawiaj dużo i spokojnie. Każda wskazówka czy uwaga wypowiedziana spokojnie zostanie przyjęta, wykrzyczana zostanie uznana za atak. Mało tego w nerwach ludzie mówią dużo, za dużo niestety. Skutkuje to chłodną relacją w domu, wzajemnym fochem. Życie jest jedno, jedno jedyne więc po co stwarzać sobie problemy? Po co sobie uprzykrzać relacje??
Pamiętajcie, że mieszkanie wielu pokoleń razem dla każdego jest trudne. W zeszłym tygodniu na forum poświęconym rodziną wielopokoleniowym wyczytałam "Pomogliśmy z małżonką kupić młodym mieszkanie, nawet pomogłem synowi je wyremontować. Teraz gdy się wyprowadzili odzyskałem spokój, odzyskałem swój teren. Znowu we własnym domu mogę robić wszystko, a i relacje z synową się poprawiły". I chyba najważniejsze do czego zmierzam. Jeżeli dzieci nie chodzą głodne, nie są bite, nikt nie znęca się nad nimi psychicznie, nie są straszone, mają czyste ubrania, jest poświęcany im czas to naprawdę nie widzę powodu aby wiecznie krytykować wychowanie rodziców. Bo jak czasem mama nie da, mama nie pozwoli co w rezultacie powoduje napad płaczu czy złości u dziecka to mama nie robi mu żadnej krzywdy, droga babciu pamiętaj o tym ;) A więc jaka jestem? Nadmiernie przejmująca się krytyką innych, uwielbiającą ludzi i życie wśród nich. Roześmiana i zakręcona jednocześnie. Jestem nie idealna ale ideałów przecież nie ma :) :)


15 komentarzy:

  1. Chyba należy pogratulować! :-) Ja mieszkam z teściami, więc mój mąż ze swymi rodzicami. My niestety tak pięknie nie mamy. Mamy "swój" parter, jednak każdy bez pukania tu sobie wejdzie. Dziecko mamy, 2 latka - po za pojedyńczymi przypadkami pilnowania przez kwadrans (jeśli babcia nie ogląda WAŻNEGO serialu lub nie pije kawy) czasami popilnują synka. Do pracy wrócić... Jak potomstwo będzie samodzielne, bo tak niestety choć rodzina duża gdy faktycznie potrzeba nie ma nikogo.
    Gratuluję zatem jeszcze raz!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo przykre co piszesz :( u nas nie ma sielanki, jak wyczytałaś też mam kontrolę bo Szymek zapłacze, bo się zaniesie jak mu nie dam czy nie pozwolę. Ale pisząc tego posta starałam się być w skórze obu stron, analizowałam słowa nie raz usłyszane przez moich rodziców.
      Ale pomimo, iż wczoraj się pokłóciliśmy i to tak solidnie to dziś tata odebrał Julkę ze szkoły i pilnują cały dzień Szymona. Ale z rozmową i u nas bywa ciężko..dojrzałe osoby czasem uważają, że wszystko wiedzą najlepiej niestety.
      Trzymaj się słoneczko :* powodzenia może relacje się trochę ocieplą jak szczerze porozmawiacie?

      Usuń
  2. Nasze relacje... One są bardzo zwyczajne. Dzień dobry, co słychać, napijemy się kawy, nawet się oferują, że jak będzie potrzeba popilnować małego to dać znać. Jednak gdy już sporadycznie pytam o tą opiekę to zwykle nie da rady. Gdy mam dużo pracy w domu kumuluję to na jeden dzień i wywożę syna na caly dzień z noclegiem do moich rodziców 30km. Nie myśl, że się żale. Przyzwyczailiśmy się 😊
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana absolutnie nie przyszło mi na myśl, że się żalisz. Każdy z Nas potrzebuje czasem wyrzucić z siebie to co nam doskwiera. Ponadto Twoje włączenie się w dyskusję jest dla mnie niezwykle cenne.
      Nie rozumiem Twoich teściów, jak wspomniałam na samym początku tekstu mieszkanie razem jest korzystne dla obu stron. Dla dziadków pod tym kątem, że mają wnuki zawsze przy sobie. Nie dzwonią do dzieci z zapytaniem kiedy w końcu się zobaczą, nie dziwią się na widok wnucząt "że tak szybko urośli". Kiedyś wyczytałam wypowiedź pewniej babci na forum, napisała mniej więcej tak, że ona dzieci już wychowała teraz chciałaby zrobić coś wyłącznie dla siebie po wielu latach patrzenia na potrzeby innych. I że nikt nigdzie nie napisał, że dziadkowie mają wręcz obowiązek opieki nad wnukami. I ta kobieta ma całkowitą rację to jest prawda nie do podważenia. Ale z reguły dziadkowie wręcz garną się do pomocy, może dlatego że nie mają pomysłu nijako na siebie, albo brakuje im tej "opieki nad kimś" - wiesz szczególnie u kobiet nie zagojona "rana" po odejściu z gniazda jej dorosłych dzieci. Może Twoja teściowa jest jak ta kobieta z forum, jeżeli tak jest nie można jej zmusić do niczego. Niestety sama musi chcieć Wam pomóc.
      Pozdrawiam kochana :*

      Usuń
    2. Hm... Wygląda to tak, że wszyscy myślą, że nasz syn ma się najlepiej z wnuków (czasowo i prezentowo). Prawda jest taka, że teście po za okazjami może z 3 razy jakieś czekoladki mu dali - reszta odwiedzających co wizyta coś się trafi :-) a czas i siły dla pozostałych maluchów w naszej rodzinie nawet kilka godzin tygodniowo zawsze znajdą. Nasz od urodzenia coś... że strasznie płacze gdy głodny, że siedzieć nie umie, a ciekawi go otoczenie. Jak siedział to czekali aż zacznie chodzić, a jak chodzi to nie nadąrzają :-) ehh Ich sprawa, kiedyś za nim zatęsknią choć mają nas pod wspólnym dachem nie dostrzegają. Mieszkać osobno... Chętnie, jednak życie nie zawsze się układa jak trzeba. No i urządzając się tam jeszcze sami inaczej miało być. Nie jest źle - dach nad głową mamy i żyjemy trochę jak ze zwykłymi sąsiadami np. w bloku :-) hehe

      Usuń
  3. Hej. Jestem zdania, że jeśli istnieje taka możliwość to młodzi powinni mieszkać osobno, bo jednak w większości rodzin mieszkanie razem psuje relacje. Młodzi nigdy nie czują się swobodnie, bo mają świadomość, że nawet jeżeli dokładają się do utrzymania domu to jednak nie są u siebie. Wiele relacji mocno poprawia się po wyprowadzce. Wiadomo są przypadki, gdzie wszyscy żyją w wspólnej harmonii, ale niestety rzadko. Rodzice przeważnie lubią się do wszystkiego wtrącać z miłości oczywiście. Fajnie jednak, że masz ich wsparcie i pomagają chętnie przy dzieciach. Ja osobiście nie wyobrażam sobie mieszkać z rodzicami mimo miłości do nich i wielkiego szacunku. Moja mama bardzo się cieszy jak przyjeżdżam do niej np. na święta, ale jeszcze bardziej jak wyjeżdżam :P
    Pozdrawiam :),
    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak kochana łudzę się, że po przeprowadzce nasze relacje będą jeszcze lepsze. Wiem, że rodzice wtrącają się z miłości ale mimo to czasem nie można się pogodzić z krytyką czy dobrymi radami ;)
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana choć niestety nie zawsze jest kolorowo :(

      Usuń
  5. Relacje są różne, nie ma ideałów i nie możemy tego oczekiwać, każdy z nas jest inny, ma swoje przyzwyczajenia - w szczególności ludzie starsi. Ja niestety nie będę mogła liczyć na pomoc zarówno ze strony teściów (50 km nas dzieli - niby nie dużo)a moja mamita pracuje, więc pewnie skorzystam z pomocy opiekunki, by móc wrócić do pracy. Patrzę na pierwsze zdjęcie - widok dziadka z wnukiem bezcenne, aż zazdroszczę... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że swojego czasu też rozmyślałam nad opiekunką tylko boję się, że moja wypłata na jej pójdzie i co dalej?
      Och Dziadek to ulubieniec wszystkich dzieci :) <3

      Usuń
  6. Zgadzam sie że rozmowa, określanie granic, swoich oczekiwań i potrzeb jest niezmiernie ważne Szacunek dla każdego innego przecież człowieka to bardzo ważne. Po latach doświadczeń różnych sami we własnym domu to jest to Warto do tego dążyć
    Pozdrawiam i spokoju ducha zyczę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie uparcie do tego dążę mam nadzieję, że to już nie długo. Tym stanem przejściowym niestety najbardziej zmęczona jest już moja mama czasem już nie wiem co robię źle. Może powinnam robić wszystko tak jak ona by chciała aby uzyskać spokój ducha?

      Usuń
  7. Tak ja pisałaś temat rzeka...Po 6 latach samotnego mieszkania we dwoje musieliśmy zamieszkać z teściami. Było ciężko.Przewrażliwienie to tylko jedna z cech. Wylądowaliśmy u moich rodziców. Też nie jest kolorowo, ale te dwie sytuacje pokazały nam, że zarówno mieszkanie z jednymi, jak i z drugimi rodzicami nie jest dla nas dobrym rozwiązaniem. Zbyt długo mieszkaliśmy sami i było nam z tym dobrze. I to nas zmobilizowało do tego żeby się kopnąć ostro w tyłek i kupić dom. Dla naszej trójki;-) Jak wszystko pójdzie dobrze, to Wielkanoc spędzimy już u siebie! Dlatego rozumiem o czym piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci tak relacje z rodzicami są dobre ale w tygodniu na kawie, niedzielnym obiedzie czy rozmowie telefonicznej. Widzę po sobie i Ty pewnie też to zaobserwowałaś, że taki układ z każdym rokiem ciąży domownikom w dodatku jeżeli każdy ma swoje zdanie i nie pozwala sobie wejść na głowę. Bo gdy młodzi są ulegli to rodzice nie będą narzekać. Niestety czasem zdarza się, że w takim układzie mieszkaniowym rozpadają się małżeństwa. Wszędzie dobrze ale u siebie najlepiej trzymam kciuki aby Wasza Wielkanoc była już w nowym domku :) Pozdrawiam !

      Usuń

TOP